Baraniec

Baraniec

poniedziałek, 8 stycznia 2018

La Dolce Vita - dzień ósmy w Poligniano a Mare i Bari

To nasz ostatni dzień we Włoszech.
Spakowane i gotowe do wyjazdu, utrwalamy jeszcze w kilku kadrach nasze trullo, w którym tak miło spędziłyśmy czas. 
ostatnie ujęcia naszego domku i jego otoczenia...


rzut okiem na salon ;-)

nasze ulubione miejsce - kuchnia ;-)
sypialnia niebieska (Kingi i Ani)

sypialnia żółta (Anity i Basi)
najstarsza i zarazem najbardziej interesująca część domu - sypialnia "jaskinia" (Beaty i Kasi)

domek Kasi, Eli, Niny i Reni
i jego wnętrze ;-)
porządki przed wyjazdem, selekcja odpadów najważniejsza ;-)

zdjęcia robione na dachu domu nie należą do najczęstszych - my takie mamy ;-) i to z Chrisem właścicielem ;-)
Zanim dotrzemy do Bari, planujemy jeszcze, choć na chwilę, zatrzymać się przynajmniej w jednym z nadmorskich miasteczek. Wybieramy Poligniano a Mare, małą miejscowość zbudowaną nad jaskiniami morskimi. Wąskimi, urokliwymi uliczkami kierujemy się w stronę morza, mijając po drodze niewielki plac Piazza Dell’Orologio, przy którym stoi Katedra di Santa Maria Assunta. W okolicy pełno lokalnych sklepików z pamiątkami, ciuchami, dodatkami. Dla części z nas, myszkowanie po nich kończy się drobnymi zakupami biżuterii czy kolorowych i ciepłych szali o ciekawej fakturze. Z wspomnianego placu jest bardzo blisko do jednego z balkonów widokowych, usytuowanych tuż nad grotą dell’Arcivescovado. Nad samym morzem odczuwamy zimne podmuchy wiatru, mimo że pogoda wyjątkowo słoneczna. Obserwujemy wzburzone morze, fale z hukiem rozbijają się o piętrzące się u naszych stóp skały. W ciepłe, pogodne dni miejscowość słynie z cudownych rejsów łódkami, które wpływają do licznych, okazałych grot.

Nam pozostaje jedynie podziwianie tych wszystkich widoków z perspektywy brzegu, co i tak nie umniejsza naszych zachwytów.
balkon widokowy, usytuowany tuż nad grotą dell’Arcivescovado
Piazza Dell’Orologio i jego okolice

uliczki Poligniano a Mare
Ponieważ zbliża się pora lunchu, poszukujemy jakiejś knajpki, gdzie mogłybyśmy na chwilę usiąść. Tradycyjnie zamawiamy kawę i coś „na ząb”. A ponieważ podczas naszego wyjazdu nie było wielu okazji na ulubiony przez z nas Aperol Spritz, ten też zamawiamy. Niesamowite, mimo że od wody dzieli nas odległość około 30 m, wysokość też spora, bo siedzimy przecież na szczycie klifu, co jakiś czas dosięga nas dyskretna mgiełka wodna, unosząca się z wiatrem spod skał.
Kelnerka potwierdza, że przy tak silnych porywach to zupełnie naturalne, nawet z tak, wydawałoby się, odległej perspektywy.
biesiadujemy ;-)

Z placyku, przy którym się zatrzymałyśmy na posiłek jest już zaledwie kilka kroków do najbardziej chyba niezwykłej restauracji na świecie, usytuowanej w jednej z grot - restauracji Grotta Palazzese, z której słynie Poligniano a Mare. I choć to miejsce dla gości z grubo wypchanymi portfelami, miałyśmy szczere chęci aby skusić się choćby na małą kawę. Niestety czas płynie a przed nami jeszcze tyle atrakcji.
jakże sugestywne pamiątki z Włoch ;-)
ANGEL! ;-)
to co kobiety kochają najbardziej - zakupy ;-)
Stąd kierujemy się już w stronę Pietra Piatta, skalistej plaży, z której można podziwiać wkomponowane w morski krajobraz białe domy zabytkowego centrum.
Zanim jednak docieramy na wybrzeże, przechodzimy przez wsparty na mocnych kolumnach most przy Piazza Giuseppe Verdi, skąd roztacza się niezapomniany widok na zatokę z grotami Piana i Grotta sotto Bastione di Santo Stefano.
widok z mostu przy Piazza Giuseppe Verdi

znów drobna manipulacja Beatki - restauracja Grotta Palazzese - wizytówka Poligniano a Mare

Kilkadziesiąt metrów dalej jest już wspomniana Pietra Piatta, które słynie nie tylko z niezwykłego widoku. Przed zejściem na plażę stoi wykonany z brązu i mierzący prawie 3 metry pomnik, przedstawiający piosenkarza Domenico Modugno, który urodził się tu, w Polignano. Pomnik stanął całkiem niedawno, bo dopiero w 2011 roku.
Ponieważ włoskie przeboje dość często nam towarzyszą, nie mogłyśmy przejść obojętnie obok tego miejsca i zbiorowo odśpiewałyśmy fragment jednego z przebojów artysty - Volare… przez chwilę byłyśmy autentycznie bliżej nieba ;-)
pomnik piosenkarza Domenico Modugno i odśpiewane "Volare"

Spędzamy trochę czasu na plaży, wdychając powietrze, przesiąknięte zapachem soli. Wokół nas spienione, szmaragdowe wręcz morze rozbryzgujące się z impetem o pobliskie skały. 
Jakże koi ten widok… rozmarza…
Pietra Piatta i niezapomniany widok


ostatnie chwile nad morzem

Czasu niewiele, a tu jeszcze przed nami Bari. Do pokonania nieco powyżej 35 kilometrów. 
Samochód zatrzymujemy w okolicach dworca kolejowego i ruszamy na dość pobieżne zwiedzanie.Bari w trzy godziny? No więcej nie mamy ;-)
Po drodze, właściwie tuż obok apartamentu, w którym mieszkałyśmy pierwszej nocy, zatrzymujemy się na lody – cudowne zwieńczenie podniebiennych rozkoszy kulinarnych. 
lody włoskie to podstawa ;-)
Kierujemy się w stronę wybrzeża do starej części centrum miasta w poszukiwaniu Bazyliki św. Mikołaja – tego św. Mikołaja! 
Po drodze jeszcze ostatnie zakupy i kolejne kapeluszowe szaleństwo Kingi. I choć serca nasze skradł „Kapelusznik” - na zdjęciu wdzięczy się w nim Ela - to ten zakupiony – mały, zgrabny, nieco asymetryczny z filuternym pomponikiem jakże pasuje do Kingi! Pod każdym względem!
zakupy kapeluszowe ;-)

Bazylika św. Mikołaja usytuowana jest niespełna 100 m od wybrzeża, całkiem niedaleko od molo św. Antoniego, które mijaliśmy tego i pierwszego dnia. Ta potężna budowla romańska o dość surowym charakterze robi wrażenie. O tej porze, gdzie niewielu turystów, tchnie z niej spokój. Oprócz tego, że bazylika kryje w sobie relikwie św. Mikołaja - patrona miasta, słynie też jako miejsce pochowku królowej Bony, która będąc władczynią Bari, właśnie tu, w bazylice często się modliła. 
Nagrobek monarchini umieszczono za ołtarzem głównym, a zdobi go sylwetka klęczącej Bony u schyłku jej życia. Obok stoją patroni Polski i Bari - św. Stanisław i św. Mikołaj. Ciekawostką jest, że w dawnych latach, już po śmierci królowej Bony, ściany kościoła pokrywały freski z wizerunkami m. in. św. Jadwigi Śląskiej, św. Stanisława Kostki Anny Jagiellonki Zygmunta III Wazy, czy Jana Kazimierza. Jednakże w pierwszej połowie XX wieku usunięto je,  argumentując to tym, że ich barkowy charakter nie pasuje do obrazu całej świątyni.
Plac pod Bazyliką św. Mikołaja

Bazylika św. Mikołaja - nagrobek królowej Bony

relikwie św. Mikołaja
surowe wnętrze bazyliki
W bazylice na uwagę zasługują również niezwykłe krypty. Można tu znaleźć fragmenty ciekawych posadzek, intersujące jest również to, że każda z kolumn wspierających łuki sklepienia ma zupełnie inną niepowtarzalną głowicę.
krypty w bazylice św. Mikołaja

Po wyjściu z kościoła zaskakuje nas niezwykłe, popołudniowe światło, cudownie oświetlające górną część ściany frontowej.
Niespiesznym krokiem kierujemy się jeszcze w stronę romańskiej Katedry św. Sabiny, która 21 czerwca każdego roku jest szczególnym miejscem. 
W tym dniu, punktualnie o 17:10, odbywa się tu wyjątkowy spektakl Pettali di Luce (Płatki Światła). Do wnętrza katedry, przez olbrzymią rozetę, wdziera się skupiona wiązka światła słonecznego, którego promienie oświetlają mozaikę w kształcie rozety na posadzce – idealnie się do niej dopasowując. Dzieje się tak prawie od tysiąca lat, co roku o tej samej porze!
wnętrze Katedry św. Sabiny

Katedra św. Sabiny z zewnątrz

Z Katedry kierujemy się już w stronę zaparkowanych samochodów. 
W plątaninie niezwykle autentycznych uliczek, ulegamy magii klimatu starego miasta. Podobnie jak w Neapolu, pełno tu naściennych kapliczek, ozdobionych kwiatami i powiewającymi na wietrze koronkowymi firankami. Pewnie gdybyśmy miały więcej czasu, mogłybyśmy pooglądać codzienne życie tutejszych mieszkańców, kobiety robiące domowy makaron (orecchiette baresi), rodziny czy sąsiadów odpoczywających przed domami po ciężkim dniu.
stara cześć miasta w Bari

zachwyciły nas interesujące zadaszenia nad rozwieszonym praniem

nieco już spieszniejszym krokiem w stronę Piazza Garbialdi 

i ostatnie zakupy
po lewej u dołu krawaty - ze specjalną dedykacją dla Jacka ;-)
To ciekawe, bo parę kroków dalej między starą dzielnicą a Piazza Garibaldi wzdłuż Corso Vittorio Emanuele panuje zupełnie inny świat. Piękne, kolorowe witryny luksusowych butików, neony i tłumy ludzi. Cóż… jest sobotni wieczór, zbliża się 18, zbliża się też pora naszego wyjazdu na lotnisko.

Dość sprawnie przechodzimy przez procedurę zwrotu samochodów. Nikt im się nawet specjalnie nie przygląda. Na lotnisku trochę nieobyczajnie dopijamy limoncello, tak kojarzące się z naszym trullo, w którym cudownie spędzałyśmy czas.
przed odlotem i już po limoncello ;-)

Jeszcze ostatnie zakupy wolnocłowe i nie wiedzieć kiedy unosimy się w przestworzach w głąb kontynentu, do naszych domów, do codzienności…


foto: La Dolce Vita Company

piątek, 29 grudnia 2017

La Dolce Vita - dzień siódmy w Ostuni

Ostuni "Białe Miasto" -  taka drobna manipulacja Beatki :-)
Nadszedł wreszcie czas na odwiedzenie miasta, w którym dane nam było stacjonować przez niemalże cały pobyt. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jest to jedno z tych miejsc w Apulii, które pozostawiło uczucie niedosytu. Dlaczego?
Na jego zwiedzanie przeznaczyłyśmy zaledwie kilka godzin, a warto - powtórzę to raz jeszcze - WARTO pobyć tu dłużej.
Ostuni zwane "Białym Miastem" bardziej przypomina marokańską, niż włoską miejscowość. Śnieżnobiała architektura uderza już z odległości kilku kilometrów - miasto bowiem położone jest na wzgórzach – biorąc pod uwagę bliskość morza, dość wysokich, bo ponad 200 m n.p.m.
Wracając z plaży, zatrzymujemy się w jednym z punktów widokowych, może nie tak pysznych jak obrazek powyżej, który jest drobną manipulacją Beaty ;-).
widok na starą część miasta 
Z zaparkowaniem, jak w większości turystycznych perełek (nawet poza sezonem), jest problem. Jeździmy blisko kwadrans, szukając miejsca i w końcu zatrzymujemy się na dużym parkingu u podnóża miasta.
zmiana stylizacji - z plażowej na turystyczną ;-)
Stąd zaledwie kilka przecznic dzieli nas od wąskich zaułków, w których autentycznie można się zapomnieć. Z plątaniny stromych alejek, udaje nam się znaleźć balkon, z którego roztacza się niezapomniany widok.
schody, schodki, schodeczki... w górę! 
jedno z "okien widokowych"


Niespiesznie kierujemy się w stronę serca miasta, czyli na Piazza della Libertà. Tu i na przyległych uliczkach tętni życie, tu jest najgwarniej i najweselej. Ze szczytu sterczącej pośrodku placu kolumny, nad miastem czuwa jego patron - Święty Oronzo, ten sam, który patronuje Lecce.
Piazza della Libertà z Ratuszem i Kolumną ze Św. Oronzo
uliczki Ostuni
Zatrzymujemy się na chwilę w jednej z kawiarni, zamawiając schłodzoną kawę z „wkładką”. W międzyczasie robimy jeszcze drobne zakupy.
przerwa kawowa i shoping ;-)
Zapadający zmierzch i rozświetlające się coraz śmielej latarnie, odkrywają dyskretny, urok ostuńskich zakamarków, maleńkich placyków, ciasnych uliczek, wzdłuż których przemieszczamy się nieco intuicyjnie w stronę Katedry di Santa Maria Assunta.
Niestety późna już pora nie sprzyja zwiedzaniu, za to otoczenie katedry z uroczym łukiem Arco Scoppa rekompensuje wszystko. Tu zatrzymujemy się dłużej i robimy kilka wspólnych zdjęć.
Ostuni o zmroku - jakże jesteśmy wdzięczne Eli za jej samotne wycieczki ;-)

szwendając się w stronę ostuńskiej katedry 
okolice katedry - Arco Scoppa 


Katedra di Santa Maria Assunta spod łuku Arco Scoppa 

Wracając w stronę wspomnianego już placu, zatrzymujemy się w restauracji Casa san Giacomo przy Via Bixio Continelli.
I tu rozpoczyna się kolejna przygoda, bo miejsce to niezwykłe - począwszy od obsługującego nas kelnera przystojniaka, a skończywszy na babci, robiącej na oczach gości makaron i inne smakołyki.

Właściwie trudno sugerować się wyborem dań, przedstawionych w karcie, bo okazuje się, że w praktyce jest ona zawężona do zaledwie kilku pozycji, które przy stoliku szczegółowo omawia kelner. Patrząc na to co dzieje się obok, czyli na nestorkę rodu (najpewniej), można wnioskować, że wszystko co poleca kelner, to świeżo wykonane przez nią dzieło.
Próbując napisać o Ostuni tych kilka słów, starałam się poczytać na ten temat na innych blogach - na jednym z nich wyczytałam, że Ostuńczycy uwielbiają dobrze zjeść i słyną ponoć z ostentacyjnego wręcz zachwycania się jedzeniem.
Po naszym pobycie w restauracji, trudno zaprzeczyć, że jest inaczej.
Wszystko było tak pyszne i tak elegancko podane, że ciężko to dziś wyrazić słowami. Spędzamy tu urocze kilkadziesiąt minut, organizując przy okazji, zupełnie spontanicznie, sesję kapelusikową.

Dzięki Ci Kingo za Twą kapeluszową pasję, której słabością raczej nazwać nie można.
wreszcie kolacja - restauracja Casa san Giacomo


wszystkie te smakołyki powstają na oczach głodnych gości
sesja kapeluszowa w kapelutku Kingi

W doskonałych nastrojach wracamy na parking, skąd przejechaną już tyle razy trasą, wracamy do naszego trullo.
Przed nami ostatnia noc, ostatnie godziny spędzone razem i pożegnanie z miejscem, którego zapomnieć nie sposób.

foto: La Dolce Vita Company