Baraniec

Baraniec

wtorek, 29 czerwca 2010

wniebowzięci...;-)



Imprezy pod hasłem Małopolski Piknik Lotniczy nie wywołują we mnie ekstazy, nie przepadam za tego typu rozrywką. Niestety odkąd mieszkam w pobliżu zabytkowego pasa startowego, chcąc nie chcąc skazana jestem na nawet bierne uczestnictwo w tym podniebnym szaleństwie. Jednak odkąd pamiętam zawsze największe emocje budził pokaz eskadry Biało-Czerwone Iskry, ich niesamowite ewolucje są przykładem absolutnego mistrzostwa. W tym roku – aż żal ale iskry nie iskrzyły na krakowskim kawałku nieba ale za to Piknik stał się okazją do sympatycznego jak zwykle spotkania z naszymi Przyjaciółmi. Piwo, wino, wspólne pichcenie i spontaniczna zabawa umilały wszystko to co działo się za oknem... ;-)





piątek, 25 czerwca 2010

antidotum na ciągle padający deszcz ;-)

Jak zrozumieć 12 stopni w czerwcu, jak uodpornić się na przytłaczającą szarość  nieba i wciąż padający deszcz?...
Dziś wracając z pracy, słuchając w radio piosenki Czerwonych Gitar znalazłam odpowiedź... ;-))

Ciągle pada
Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja?
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.

Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu,
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc,
ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja?
A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani spiesząc,
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą,
ze złożonym parasolem idę pieszo, o tak!

Ciągle pada, alejkami już strumienie wody płyną,
Jakaś para się okryła peleryną,
przyglądając się jak mokną bzy w ogrodzie. A ja?
A ja chodzę w strugach wody, ale z czołem podniesionym,
Żadna siła mnie nie zmusza i nie goni,
idę niby zwiastun burzy z kwiatkiem w dłoni, o tak.

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa,
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa,
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja?
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa,
Ani piorun, który trafił obok drzewa,
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa.

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa,
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa,
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja?
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa,
Ani piorun, który trafił obok drzewa,
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa.


Ciągle pada...

/Czerwone Gitary/

poniedziałek, 21 czerwca 2010

wspomnienie Paryża w pachnącej nucie Chanel

Jako maniaczka zapachów Chanel polecam EAU FRAICHE - jedną z świeższych nut linii Chance. Jest to zapach wprowadzony do sprzedaży w 2007 roku - zdecydowanie świeższa i lżejsza odmiana Chance z 2002.

W pierwszej odsłonie porywa świeżość cytrusów, nuta hiacyntu, po czym rozwija się nuta serca reprezentowana przez wanilię, jaśmin egzotyczny i irys. Bazę tego zapachu stanowią uderzająca świeżością trawa wetiwer z Haiti oraz ambrowa paczula.

Zapach oceniłabym jako ożywczy, energetyczny, choć po chwili wyczuwa się w nim ciepło i delikatność. Nie jest na pewno tak trwały jak Coco Chanel Mademoiselle czy Coco ale to przecież zapach na lato - ma snuć się subtelnie i nie nachalnie. I taki właśnie jest. Idealny na lato...

piątek, 18 czerwca 2010

paryska włóczęga... dzień trzeci

Przed wejściem do kabaretu Moulin Rouge
Nasz kolejny dzień w Paryżu rozpoczęliśmy od porannego spaceru po Montmartrze. Dzielnica wolna jeszcze o tej porze od tłumów turystów zachwyca nie mniej niż późnym wieczorem. W słoneczny dzień można dodatkowo napawać oczy urokliwymi zaułkami, w których ciekawie układają się cienie.
Monmartre
Jest jeden minus przedpołudniowego zwiedzania Montmartru - tłoczy się tam o tej porze spora ilość samochodów dostawczych, przez co w węższych fragmentach ulic tworzą się autentyczne korki. Można jednak uciec w najbliższą uliczkę i na nowo rozpocząć uroczą wędrówkę. Miedzy 9 a 10 pojawiają się również miejscowi artyści, rozkładając sztalugi, podpory pod gotowe już dzieła. O tej porze zagęszcza się również liczba turystów. Atmosferę Place du Tertre postanowiliśmy poobserwować siadając przy stoliku jednej z kawiarenek i popijając smoliste espresso. 

W kawiarence na Montmartrze 
Zaraz potem zeszliśmy w kierunku bazyliki Sacre Coeur, skąd roztacza się rozległy widok na Paryż. Historia bazyliki sięga zaledwie 1870r. Ciekawe jest to, że doskonała biel budowli to efekt użycia kamienia z Chateau-Landon, który pod wpływem deszczu wydziela kalcyt bieląc mury. Owa biel najlepiej prezentuje się w piękny słoneczny dzień na tle błękitnego nieba. 
Spod bazyliki udaliśmy się w kierunku najbliższej stacji metra aby dostać się pod Trocadero i stamtąd zahaczyć o wieżę Eiffla. Docelowym planem tego dnia było zwiedzanie Muzeum Rodina, więc taki wariant był całkiem optymalny.
Z placu du Trocadero mijając Palais de Chaillot zeszliśmy w kierunku najbardziej kojarzonego z Paryżem obiektu a mianowicie wieży Eiffla. W tej okolicy należy wykazać szczególną cierpliwość i odporność na handlarzy figurek, tudzież tandetnych apaszek i Bóg wie czego jeszcze, co chwilę zaczepiających przechodzących turystów. Wieża wygląda imponująco zarówno ze wzgórza na którym wznosi się Palais de Chaillot, jak również u podstaw jej konstrukcji, kiedy z głową zadartą do góry można podziwiać skomplikowaną plątaninę żelaznego majstersztyku. Ta konstrukcja to kolejny przykład kontrowersyjnej myśli technicznej, która z czasem znalazła jednak uznanie i popularność.
Jeszcze kilka spojrzeń spod Ecole Militaire /Szkoły Wojskowej/ na ten imponujący obiekt i powoli znów zagłębiamy się w labiryncie uliczek dzielnicy Saint Germain. W rozkosznym parku Esplande des Invalides planujemy odpoczynek połączony z lunchem. To dość rozległy zielony obszar, zapewniający niezwykłe poczucie przestrzeni na ciągnących się szerokich trawnikach. Dla szukających cienia znajdą się zadrzewione pasy, gdzie można usiąść na ławce, pospacerować, czy spędzić czas w inny sposób. Dla nas idealnym rozwiązaniem było miejsce na trawie, skąd mogliśmy obserwować grupę mężczyzn grających w bule. To niezwykle popularna we Francji gra towarzyska. Odnieśliśmy wrażenie, że panowie wyszli właśnie z biura na godzinę przerwy. Trzeba przyznać, że większość parków czy ogrodów jest tak zaprojektowana aby uwzględnić możliwość rozerwania się w ten sposób. 
Zielone pola przed Pałacem Inwalidów
Gra w bule /petanka/- tradycyjna francuska gra towarzyska na Placu Inwalidów
A my w tym czasie magazynowaliśmy energię, leżąc leniwie na trawie, popijając korsykańskie wino, przegryzając pyszne sandwicze. W tak cudownych okolicznościach przyrody spędziliśmy chyba ponad godzinę. Dalsza włóczęga to spacer w kierunku Muzeum Rodina. Po drodze minęliśmy naszą rodzimą ambasadę, pod którą trwała jednoosobowa agitacja przedwyborcza - w czyim imieniu? No oczywiście Jarosława Kaczyńskiego.
O tym, że zbliżamy się do uznawanego przez niektórych najpiękniejszego muzeum w Paryżu świadczyły słupki, obklejone kolorowymi naklejkami z napisem „musee Rodin”. 
Dokładnie 10 lat temu miałam okazję zwiedzać ten obiekt. Wyszłam całkowicie oczarowana doskonałością dzieł mistrza. Obecnie obiekt muzeum nieco zmienił oprawę. Wchodzi się przez chyba niedawno postawiony budynek, w którym mieszczą się kasy, sklepik i tymczasowe ekspozycje. Dopiero stąd wychodzi się do tzw. starej części, czyli pięknego ogrodu i XVIIIw. rezydencji. Muzeum należy koniecznie zwiedzać w ciepły, słoneczny dzień, aby w pełni wykorzystać i cieszyć się jego urokiem. Można wtedy zaplanować dłuższe zwiedzanie, połączone z odpoczynkiem w ogrodzie, który jest niezwykłym atutem tego muzeum. Są w nim wyeksponowane wielkogabarytowe rzeźby, wśród nich słynny Myśliciel. Tak jak wspomniałam reszta dzieł mieści się w rezydencji pełniącej niegdyś funkcję żeńskiego klasztoru. Z ciekawostek - Rodin przyjął na krótko święcenia kapłańskie, czystość jednak nie była jego powołaniem. Mający skłonności do licznych romansów Rodin powrócił do rzeźbienia i życia dalekiego od stanu ascezy.
Muzeum Rodina - jedno z piękniejszych muzeów w Paryżu
Dorobek Rodina zgromadzony w muzeum budzi najwyższy podziw. To absolutny majstersztyk i najwyższej jakości talent. Niezależnie od tego czy dzieło powstało w brązie czy marmurze budzi jednakowy zachwyt. Trzeba przyznać, że rzeźbienie ciała kobiety Rodin opanował do perfekcji, oddając przy okazji nie tylko jego piękno ale i cały wachlarz emocji.
Wyczuwa się więc, patrząc na te rzeźby głęboki smutek, rozpacz, czułość czy pożądanie.
Na szczególną uwagę zasługują również dzieła Camille Claudel, jednej z licznych kochanek Rodina, niezwykle utalentowanej rzeźbiarki. Myślę, że gdyby urodziła się o 100 lat później, byłaby jedną z najbardziej uznanych artystek światowego formatu. Jej wspaniałe dzieła w niczym nie ustępują dziełom jej mistrza. Należy podkreślić, że związek Claudel i Rodina wywarł wpływ na twórczość każdego z osobna a ich miłość i namiętność karmiła ich wenę. W twórczości Camille wyraźnie wyczuwa się więcej delikatności i subtelności. Niektórzy twierdzą, że w pewnym momencie to ona mogła być mistrzem dla swojego kochanka. To fakt, wyrzeźbione Plotkarki, Fala czy słynna Sakountala są przykładem absolutnego, niepodważalnego mistrzostwa. Szkoda, że jej miłość do Rodina, jej zatracenie, oddanie, dopropwadziło ją do szaleństwa, przez co skończyła bardzo smutno w ośrodku psychiatrycznym, całkowicie pozbawiona wsparcia ze strony rodziny. Sam Rodin nigdy nie potrafił dokonać wyboru aby zostawić żonę, nawet wtedy kiedy dowiedział się, że Camille jest w ciąży. Między innymi fakt poronienia przyczynił się również do rozwoju głębokiej depresji artystki.
Ulubione przez mnie dzieło Camille Claudel "Plotkarki" /Les causeuses/, przykład „małych nowych rzeczy”, jak je nazywała sama rzeźbiarka – tematu z codzienności - 10 lat temu miałam okazję oglądać je w wersji wykonanej w onyksie - mistrzostwo świata, obecnie jest zapewne wypożyczone ... szkoda
Muzeum Rodina polecamy jako "lekturę obowiązkową".
I w ten sposób zmierzamy do końca naszej paryskiej włóczęgi.
 Tak wyczekiwany od miesięcy wyjazd zamienił się arcy przyjemną teleportację do nieco innego świata, świata który niby nic nie różni od naszej rzeczywistości poza małymi acz niezwykle praktycznym sprawami. Takie wyjazdy uświadamiają, że brakuje nam jeszcze kilku dobrych lat do stanu, kiedy będzie NORMALNIE. Gdzie po mieście będzie można przemieszczać się bezinwazyjnie, nie stojąc w korkach, gdzie nie trzeba będzie liczyć złotówki do złotówki, gdzie powrót do domu będzie można umilić częstszym spotkaniem z przyjaciółmi i krótkim choćby „posiadem” przy filiżance kawy, czy czegoś mocniejszego, przez co też częściej będziemy się do siebie uśmiechać. 
Poza tymi drobiazgami nic nas od siebie nie różni.
No i na koniec muszę to powiedzieć, Paryż jest miastem mistrzów parkowania. Dla Paryżan zderzaki ich samochodów pełnią swoją praktyczną funkcję. Pod Placem Inwalidów mieliśmy pokaz takiego właśnie mistrzowskiego parkowania. Ja osobiście widząc to wolne miejsce nigdy nie pomyślałabym, że można tam upchać swój samochód. A można... Robi się to co prawda na około dwadzieścia manewrów ale to działa. Trzeba po prostu odbić zderzakiem samochód stojący przed i za i wykonując sukcesywnie niewielkie skręty kół wpasować się /wbić się/ ostatecznie w wolne miejsce. Chapeau bas!


paryska włóczęga... dzień drugi

Pogoda o poranku nie rozpieszcza ani ciepłotą ani też radosnym promieniem słonecznym. Właściwie to wychodząc obawialiśmy się, że każda kolejna minuta może przynieść deszcz. …Ale po wchłonięciu francuskiego pieczywa w kawiarence i wypiciu prawdziwie mocnej kawy, oczy się szerzej otwierają, bez marudzenia więc ruszamy w miasto.
Na początek ogrody Tuilerie... Aż trudno uwierzyć, że niegdyś na tej wolnej, zielonej przestrzeni stał pałac, będący jedną z rezydencji królów francuskich. W czasach Komuny Paryskiej został podpalony, czego skutkiem zostały gołe mury, poddane późniejszej rozbiórce. Pałacu już nie odbudowano, choć od 2003 roku rozważa się taki pomysł. 
Luwr
Z ogrodów droga prosta do Luwru. Zwiedzanie muzeum nie było naszym celem, myślę że ten pomysł zakwitnie jak będzie zdecydowanie więcej czasu. Pokręciliśmy się jednak trochę wśród szklanych piramid, skąd udaliśmy się w kierunku Palais-Royal. Niestety część placu została zamknięta dla zwiedzających - zapewne ze względu na przygotowania do mającego się odbyć koncertu. Powyżywaliśmy się więc trochę fotograficznie na tzw. kolumnach Burena. Jest to zestaw 260 słupków, o różnej wysokości, wykonanych z jasnego marmuru kararyjskiego i czarnego marmuru pirenejskiego. W nocy kolumny są podświetlane na zielono i czerwono, czego ze względu na wczesną porę niestety nie mieliśmy okazji podziwiać.
Dziedziniec Palais-Royal z kolumnami Burena
Przed kościołem św. Eustachego
Następny obiekt zwiedzania to gotycki Kościół Saint-Eustache, jeden z piękniejszych w Paryżu, usytuowany tuż obok dawnego targowiska Les Halles. Z miejscem tym związany jest również owiany tysiącem mrocznych historii były Cmentarz Niewiniątek, który w XIII stuleciu był jedną z większych nekropolii Paryża. Z uwagi na fatalny stan sanitarny /można sobie tylko wyobrazić/ w początkach XVIII w. zachowane jeszcze szczątki ekshumowano, cmentarz poddano likwidacji a w jego miejsce usytuowano targ warzywny. 
Centrum Pompidou
Turyści spragnieni nowoczesnych form przy okazji mogą zahaczyć o leżące nieopodal Centrum Pompidou, z wyprowadzonymi na zewnątrz kolorowymi instalacjami. My stąd skierowaliśmy się w stronę Sekwany, mijając barwny targ kwiatowy, Pałac Sprawiedliwości – ten sam, w którym Kieślowski kręcił sceny do filmu Trzy kolory - Biały, kaplicę Sainte-Chapelle, jedną z najstarszych i niewątpliwie ze względu na wspaniałą kolekcję witraży jedną z najpiękniejszych. Tak dotarliśmy do katedry Notre Dame. 
Z jak zwykle zatłoczonego placu, uciekliśmy w stronę sąsiedniej wyspy Île Saint-Louis. Jako wielbicielka lodów, miałam niezwykłą ochotę na odwiedzenie ponoć najlepszej w Paryżu lodziarni Berthillon. Jest to - co wyczytałam z przewodnika - bardzo nietypowy jak na dzisiejsze czasy lokal. Dla właścicieli z dziada pradziada najważniejsza jest jakość. Przez lata produkowane są tu lody w Bóg wie ilu smakach. W sierpniu 2004r. kawiarnię powiększono o księgarnię obok i zrobiono tam salonik na 40 osób ;-). Na jednej ze stron internetowych ktoś napisał, że to lodziarnia nie idąca z duchem czasu, nie poddająca się globalizacji, a właściciele ponad wszystko cenią sobie jakość życia. Stąd też jeden, jedyny niepowtarzalny sklep-lodziarnia Berthillon jest zamknięta przez okres letnich wakacji, Wielkanoc, na Wszystkich Świętych. Wyjątek od tej reguły stanowią Święta Bożego Narodzenia. No i podczas naszej bytności ku mojemu rozczarowaniu też była zamknięta :-((( Może innym razem...
Ponieważ była pora lunchu, lekkie zmęczenie też już dawało o sobie znać, zakupiliśmy dwie bagietki z serem pleśniowym i szynką oraz butelkę dobrego czerwonego wina, którą ku niezwykłej uciesze odkorkowano nam na miejscu w sklepie /sieć Nicolas/. Tak wyekwipowani usiedliśmy nad brzegiem Sekwany, delektując się francuskimi smakami i wspaniałą, słoneczną pogodą. O tej porze podobnie czas spędza wiele osób, głównie młodzi ludzie wracający ze szkoły, turyści...
Widok na Katedrę Notre Dame z mostu wiodącego w stronę Dzielnicy Łacińskiej 
Ciąg dalszy paryskiej włóczęgi to Dzielnica Łacińska - cudowna!!! z Panteonem, Sorboną i Ogrodem Luksemburskim oczywiście. Warto tam usiąść na chwilę i chłonąć atmosferę jaką tworzą odpoczywający tam Paryżanie i turyści. Niezliczona ilość mobilnych krzesełek, na których można usiąść dosłownie wszędzie. To ponoć ulubione przez mieszkańców miasta miejsce, gdzie naprawdę ciszę i spokój znajdują zarówno starsi ludzie zaczytani w lekturze z autentycznie wyłożonymi nogami do góry, matki z dziećmi, panowie pod krawatem, młodzież - dosłownie każdy. Parki na Zachodzie Europy są po prostu dla ludzi, dla ich wygody. Bez obaw, że wygniecie się kawałek trawnika można na nim siedzieć do woli, czytać, rozmawiać, bawić się... To trochę inna filozofia niż nasza polska.
Ogród Luksemburski - oaza spokoju
Na koniec turystycznej przebieżki postanowiliśmy wsiąść w metro i udać się na zasadzie kontrastu do oddalonej znacznie od centrum dzielnicy La Defense - nowoczesnej biurowo-wystawienniczo-mieszkalno-handlowej części miasta, skupiającej również ośrodki rządowe Francji. Dzielnica zaprojektowana jest - przynajmniej w tej części którą oglądaliśmy - w formie tarasów przechodzących coraz niżej i niżej... Co jest niezwykłe, trudno dopatrzyć sie tam jakichkolowiek pojazdów kołowych - ruch samochodowy jest całkowicie odizolowany od dróg dla pieszych i przeniesiony jest do podziemi. Całość tworzy futurystyczna układanka oszklonych klocków wysokich pod samo niebo, z gdzieniegdzie poutykanymi nowoczesnymi dziełami sztuki.
Dzielnica La Defense - na schodach Wielkiego Łuku
Dzielnica La Defense - widok na południowy wschód ze schodów Wielkiego Łuku
Dzielnica La Defense - Wielki Łuk
Symbolem La Defense jest Grande Arche /Wielki Łuk/. Stojąc pod jego sklepieniem i patrząc w kierunku południowo-wschodnim wzdłuż Avenue Charles de Gaulle można zobaczyć Łuk Triumfalny. Celowy zamysł architektów, którzy umieścili ów gigantyczny obiekt jako przedłużenie Paryskiej Osi Historycznej, zaczynającej się od Luwru a kończącej się właśnie na Łuku Triumfalnym.
Dzielnicę La Defense absolutnie polecamy jako niezwykle zwarty zamysł architektoniczny. Z jednej strony zachwyca poczucie przestrzeni, z drugiej zaś wszystko wydaje się takie bliskie dzięki doskonałemu systemowi komunikacji, skupiającemu różne obiekty w jedną całość.

paryska włóczęga... dzień pierwszy


Wróciliśmy wczoraj z Paryża. Ech....
Z czym mi się dzisiaj kojarzy? Z nowym chanelowskim zapachem Chance Eau Fraiche, z cudownie rozpływającym się w ustach smakiem croissanta, z zapachem niezwykle aromatycznego espresso podanego w miniaturowej filiżaneczce, z pięknie brzmiącym kobiecym zaśpiewem francuskiej mowy, ze spokojem wymalowanym na twarzach Paryżan i całym kalejdoskopem obrazów zamkniętych pod powiekami.
Przylecieliśmy dość późno w poniedziałek, więc tak naprawdę rzuciwszy wszystko w pokoju, od razu ruszyliśmy na nocny spacer po Montrmartrze, u stóp którego mieszkaliśmy. Co na początek? Feria kolorów z dominującą czerwienią, masa rozentuzjazmowanych turystów, obfotografowujących się na wszelkie możliwe sposoby ze znanym wszystkim wiatrakiem kabaretu Moulin Rouge. 



Niektóre panie całkiem sugestywnie wczuwały się w role modelek i lansowały swoje wdzięki przed okiem wymierzonych weń kamer, tudzież aparatów. Nie mówiąc już o wyeksponowanej przed budynkiem kabaretu platformie z nadmuchem /coś a’la Marilyn Monroe ze „Słomianego Wdowca”/, na której działy się cuda, włącznie z przebranymi w tradycyjny strój szkocki młodzianami ;-)) Niech nie zmyli zasłonięta część przyrodzeń owych panów. Tyłem się absolutnie nie przejmowali, rozbawiając do łez towarzystwo za nimi...


Przemykając aleją tętniącego wręcz życiem o tej porze pornobiznesu szukaliśmy ciszy i spokoju w labiryncie uliczek Montrmartru, który wieczorem łapie oddech i zachwyca swoją kameralnością. Nic dodać nic ująć. Morze stromych schodków, wąskie uliczki, urocze witryny sklepików z duperelkami i wypełnione rozgadanymi ludźmi kawiarenki. Słynny placyk tuż nieopodal Sacré Coeur za dnia wypełniony po brzegi, o tak późnej porze zachęca wręcz do przycupnięcia na chwilę. No i jak okiem sięgnąć rozległa panorama Paryża spod samej bazyliki. Wracając co krok otacza nas jakaś inna bajka. A to jakieś ciekawe wnętrze widziane przez mini okienko lub oto nagle ni stąd ni zowąd rozlega się jeden z moich ulubionych kawałków Marleya „Buffalo soldier”... W zachwycających zaułkach ledwo doświetlonych blaskiem ulicznych latarni można się zapomnieć na długie chwile.



A tuż przed powrotem w środku nocy zgiełk na głównej Avenue de Clichy wciąż ten sam - jak trzy godziny wcześniej... Paryż nocą wrze...


piątek, 11 czerwca 2010

kiedy dzieci rządzą w kuchni...


W ostatni łikend spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi. Oprócz wspólnej degustacji przywiezionych z Węgier win /zacny Muszkacik i nie mniej zacny Szürkebarát/, tradycyjnie wspólnie przygotowaliśmy coś ciepłego na ząb. Tym razem postanowiliśmy przekonać się jaki będzie efekt eksperymentu pod hasłem "Kiedy dzieci rządzą w kuchni..." 
A dzieci rządziły, że aż miło ;-))
Tak, tak - odpowiednio poinstruowane szalały na całego... Malwinka została specjalistką od robienia sosu do pizzy.  Bez najmniejszych oporów śmiało doprawiała, mieszała. Nie wierzę, że nie pamięta co wrzucałyśmy do rondelka ;-))
Piotrek w tym czasie poczynał sobie nożem, krojąc oliwki i salami. 
 Na koniec każde z nich miało okazję powyżywać się przy tarce, przygotowując posypkę serową. Cóż, najciężej szło z parmezanem ale i temu "dziecka" podołały.
Gdy ciasto urosło, wspólnie je rozwałkowaliśmy, po czym zabawialiśmy się w jego dekorowanie.
Na koniec pachnąca, dymiąca prosto z piekarnika pizza. Niestety efektu końcowego nie uwieczniliśmy, wino skutecznie pobudziło apetyty i ... ech... mniamuśnie było ;-))
Poniżej krótka instrukcja jak zrobić coś z niczego czyli podstawa to drożdże, reszta sama się znajdzie ;-))
ciasto:
pół kostki drożdży /babuni czy coś w tym stylu/,
dwa trzy kubki mąki,
kubek mleka,
łyżka cukru,
sól,
kminek,
2 łyżki oliwy

sos:
przecier pomidorowy,
czosnek,
pieprz,
sól,
przyprawa włoska

Mleko podgrzewam do letniej temperatury, część odlewam do kubeczka, w którym mieszam je z drożdżami i cukrem. Gdy drożdże się rozpuszczą wlewam roztwór do reszty mleka i mieszam. Odstawiam w ciepłe miejsce, przykrywam ściereczką. Po około 20 min. zaczyn drożdżowy jest gotowy. Wykładam więc stolnicę na blat i wsypuję mąkę, mieszając ją na bieżąco z zaczynem, dodaję 2 łyżki oliwy, sól, trochę kminku i wyrabiam. Szczerze mówiąc nie roztkliwiam się zbytnio nad kwestią wyrabiania ciasta na pizzę. Co innego babka drożdżowa lub inne słodkości. Wyrabiam ciasto tak na oko do 10 minut maksymalnie. Przykrywam ścierką i zostawiam do wyrośnięcia. W tym czasie robię sos. Mieszam w rondelku trochę przecieru pomidorowego i wody, dodaję sól, pieprz, przyprawę włoską do smaku, wyciskam do dwóch ząbków czosnku. Całość mieszam na wolnym ogniu do zagotowania.
Gdy ciasto wyrośnie wałkuję je i wykładam na wysmarowaną oliwą blachę. No i tu już co nam wyobraźnia dyktuje. Najpierw sos pomidorowy, może to być wariacja sosu Bolognese, wędliny np salami, trochę pomidorów suszonych w oliwie, mogą być pieczarki, oliwki i ser. Sera nigdy nie żałuję, robię wręcz całe bukiety smakowe, łącząc np. Lazur z mozarellą, zwykłym serem żółtym, serem wędzonym. Całość posypuję oregano i jazda do pieca /piekarnika/. Piekę w temp. 200 stopni przez 10-15 minut. No nie ukrywam pyszna domowa łatwizna.
Zauważyłam, że zupełnie inne ciasto /mimo tych samych proporcji i sposobu wykonania/wychodzi w zależności od wyboru programu pieczenia. Po upieczeniu na programie "pizza" ciasto jest cienkie, z wierzchu kruche w środku miękkie. Na zwykłym programie uzyskuje się efekt pizzy hut - ciasto bardziej wyrośnięte, pulchne, bez efektu chrupiącej skorupki.
Jak kto woli ;-))

czwartek, 10 czerwca 2010

podróż oczami Andrzeja Stasiuka...



W ostatnią niedzielę miałam okazję oglądać bardzo interesujący dokument „Zawód: podróżnik na południe. Andrzej Stasiuk”. Świetny reportaż, poświęcony pasjom podróżniczym, w którym pisarz zabiera nas z kamerą w podróż na południe Europy.
Krajem, który w tym reportażu został przedstawiony w sposób wyjątkowy jest Albania - Stasiuk ma do niej swoistą słabość. Wychowany na warszawskim Grochowie, podąża w regiony, które ze stołecznym pędem i stylem życia nie mają nic wspólnego. Obecnie żyje w Beskidzie Niskim niedaleko Gorlic czyli moich rodzinnych stron. Wcale się nie dziwię, że urzekł go urok w pewnym sensie dzikich jeszcze terenów. W Beskidzie Niskim, nie zalanym jeszcze przez rzesze turystów można autentycznie odnaleźć ciszę i spokój. Kto miał okazje chodzić po tych górach, ten wie, że zdarza się tam na szlaku w ciągu kilku dni nie spotkać żywego ducha. Sama tego doświadczyłam całe lata temu.

W Beskidzie Niskim można otworzyć szeroko ramiona, łapać wiatr i poczuć prawdziwą wolność…

Stasiuk należy niewątpliwie do tych pisarzy, którzy natchnienia szukają w takich właśnie miejscach ale pociąga go również klimat swoistej brzydoty nierozwiniętych części krajów Europy środkowej czy krajów nadbałkańskich. Jak sam mówi bycie w tych miejscach, patrzenie na ludzi tam żyjących, zaspokaja jego wrodzone poczucie melancholii.
Reportaż został świetnie nakręcony, gdyby rozłożyć spore fragmenty na pojedyncze stop klatki, z każdej można by zrobić świetne reporterskie foto.
Z twórczością Stasiuka zetknęłam się jedynie za sprawą powieści „Jadąc do Babadag”. Fantastycznie napisana rzecz o regionach częściowo mi znanych, mianowicie o Słowacji i północno-wschodniej części Węgier. Sporo jest również o Ukrainie, Rumunii, Albanii i innych miejscach. Jest to książka podróżnicza ale podróż traktująca w wielorakim sensie. Autor podgląda życie i mentalność mieszkańców tych krajów w taki sposób, że nie ma się wrażenia iż robi to ktoś obcy.
Jako że pociąga mnie klimat podróży, zwłaszcza w takie miejsca, z przyjemnością sięgnę po kolejne książki tego autora a w bliższej lub nieco dalszej przyszłości planuję wyjazd w rejony - tak przez Stasiuka sławione.
A reportaż szczególnie polecam mojemu Przyjacielowi z młodych lat, którego ze Stasiukiem łączą Polaków przy wódce rozmowy i wspólne pasje.

środa, 2 czerwca 2010

Węgry, moje ukochane Węgry... epizod V - Sümeg

Zamykając wątek węgierski kilka słów na temat naszego krótkiego postoju w Sümeg, miasteczku leżącym na północ od Kesztely. Jedną z atrakcji tego miejsca, którą trudno wszak przeoczyć są ruiny zamczyska na wierzchołku dość stromej, nagiej góry. Historia tej twierdzy sięga XIII w. a od czasów podpalenia zamku przez Austriaków w 1713r. zamek popadał w powolną ruinę.

Obecnie ruiny można zwiedzać za jedyne 1500Ft (nieco powyżej 20zł). Na pewno smaczny kąsek dla maniaków zamkowych w różnym wieku. W całkiem nieźle zachowanych wieżach można obejrzeć wystawy dawnej broni, mebli czy narzędzi tortur. Nie jest to jednak jakaś powalająca ogromem kolekcja.
U stóp zamku zaskakuje stylizowana arena, na której odbywają się turnieje rycerskie czy rozmaite zabawy historyczne dla dzieci.

Węgry, moje ukochane Węgry... epizod IV - Badacsony


Jak Węgry to oczywiście winnice, wina…

Balaton stanowi jeden z niezwykle interesujących regionów dla smakoszy, czy wręcz koneserów wina. Czas pozwolił na odwiedzenie jedynie Badacsony, miejscowości wypoczynkowej, oddalonej o jakieś 30 km od Tihany a leżącej u stóp góry pochodzenia wulkanicznego o tej samej nazwie. Badacsony słynie z produkcji wina Olaszrizling o zapachu gorzkich migdałów. Bardzo popularny jest również szczep Szürkebarát ("Szary mnich"), bardzo stary Kéknyelű czy mój ulubiony Muszkat. Zdecydowanie region ten można określić jako królestwo win białych. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jako smakoszka win wytrawnych nie znalazłam takiego (przynajmniej wśród tych które miałam okazję degustować), które czule połechtałoby moje podniebienie. Wina wytrawne należą tu bowiem do mega wytrawnych. Są mówiąc wprost kwaśne lub gorzkie. Zdecydowanie natomiast polecam półsłodkie wina Muszkat, w których ja zawsze wyczuwam nutę brzoskwini. Równie godny polecenia jest półsłodki Szürkebarát . W celach zakupowych najlepiej udać się do jednej z wielu winnic, gdzie w sympatycznej piwniczce można degustować różne „polecanki” właściciela. Do kupienia są zarówno wina w butelkach zakręcanych z nieco krótszym czasem przydatności do spożycia, lub tradycyjnie korkowane.

Na jednej z uliczek górnej części wioski Badacsony, gdzie jest ciąg kramików z piwniczkami można kupić wino lane do sprzedawanych pojemników. Ceny są naprawdę miłe dla portfela. Tak jak jednak wspominałam takie wino nadaje się do szybkiego wypicia.


Węgry, moje ukochane Węgry... epizod III - Tihany


Szybka teleportacja autostradą M7 nad Balaton i odżywają  kolejne wspomnienia…
Tihany to przepiękna miejscowość, leżąca na półwyspie o tej samej nazwie, będąca jedną z perełek węgierskiej turystyki. To miejsce, które napewno warto zobaczyć, choć dodam z doświadczenia, że najlepiej to zrobić poza sezonem.
Udało mi się tu odnaleźć prawdziwą ciszę i spokój. Po swoich wykładach postanowiłam zrobić sobie kilkugodzinną przechadzkę, podczas której napawałam się odurzającym wręcz zapachem lawendy i innych kwiatów. Pieściłam swe oczy widokiem jeszcze o tej porze roku, prawdziwie żywej soczystej zieleni, urokliwych kameralnych winnic, przepięknej charakterystycznej zabudowy. 
Historia tej miejscowości ma dalekie korzenie, sięgające 1055r., kiedy król Andrzej założył tu Opactwo Benedyktyńskie. Do dziś kościół, nieco przebudowany stanowi atrakcję turystyczną Tihany. W lecie często odbywają się tu koncerty organowe a widok spod kościoła na Balaton należy do tzw. „pysznych” ;-) Z dość stromego wzgórza roztacza się okazała panorama a jezioro z tej perspektywy przybiera piękną, mleczno-zieloną barwę.  
Właśnie w cieniu opactwa leży przycupnięta wioska Tihany,  urokliwa a przez to i oblegana przez turystów.  Wśród zbudowanych z kamienia lub drewna chatek pokrytych strzechą, można znaleźć kolorową ceramikę, lawendę sprzedawaną w formie tysiąca produktów, drewniane kolorowe zabawki, haftowane stroje i całą masę mniej lub bardziej kiczowatych duperelków /zdjęcia poniżej ;-)/.
Sam półwysep stanowi swoistą enklawę pod względem przyrodniczym; z dwoma jeziorami wulkanicznymi,  stożkami gejzerowymi i wygasłymi wulkanami. Podczas tego wyjazdu nie miałam sposobności korzystania z tych właśnie atrakcji ale z przyjemnością wspominam nasze rodzinne spacery sprzed sześciu lat.  Tu bowiem spędzaliśmy tydzień wakacji.
Warto wspomnieć, że Półwysep Tihany był już zamieszkiwany w epoce kamienia, o czym świadczy najlepiej zachowane nad Balatonem grodzisko ziemne z tego właśnie okresu. Innym absolutnym unikatem na skalę europejską są wydrążone w 20-metrowej ścianie bazaltowych tufów przez prawosławnych mnichów pustelnicze cele.